niedziela, 24 maja 2015

"You step out that door you're an avenger" - Avengers: Age of Ultron

Podstawowe informacje:
Czas trwania: 2 godz. 21 min.
Reżyseria: Joss Whedon
Scenariusz: Joss Whedon
Gatunek: akcja, Sci-Fi
Produkcja: 2015, USA

To jeden z filmów, na które czekali niemal WSZYSCY tego roku. Nie trzeba być fanem Marvela, żeby wiedzieć o co chodzi. A to, że ja akurat jestem, zmienia sprawę. Bo wiedziałam o tym filmie wszystko, patrzyłam na posty z najnowszymi nowinkami, na bulwers ludzi po tym, jak dowiedzieli się, że w filmie nie ma Lokiego. Miałam wobec niego wielkie, wręcz ogromne oczekiwania. I co? Muszę powiedzieć, że się zawiodłam. Film może nie był zły, ale spodziewałam się czegoś dużo, dużo lepszego. Przede wszystkim uważam, że pierwsza część była znacznie lepsza. Jak na film o Avengers w AoU brakowało... No cóż, Avengers. Wyglądało to raczej jak poboczna historia, dodatek, a nie cały, porządny film. Dlaczego? Było co prawda kilka elementów humorystycznych (winda i młot Thora, przeklinanie, Nathaniel), ale czy mi się tylko wydaję czy w 1 znalazłam tego sporo więcej? Duży plus za design kostiumów, bo są poprawione, jednak moim największym zaskoczeniem były efekty specjalne. Jak na Marvela zostały totalnie zniszczone, były wręcz okropne. Dobra, może nie wszystkie. Moce Scarlet Witch czy Quicksilvera - wszystko ok. Ale już na samym początku widać było f a t a l n y montaż, wybuchy odklejające się od ekranu, za dużo wszystkiego. Wydawało mi się, że skoro minęło kilka lat, to tutaj powinien być wzrost jakości - nie na odwrót. Wiem, że wielu osobom film niezmiernie się podobał. Mnie też się podobał, ale jak już mówiłam, oczekiwałam czegoś więcej. Po prostu rzygałam romansem Natashy i Hulka - ZMIERZCH NA PRAWDĘ BYŁ LEPSZĄ HISTORIĄ MIŁOSNĄ. Nie mówiąc już o tym, że  postać Czarnej Wdowy została totalnie zdemolowana - poza rolą 1/2 ckliwego, niepasującego do siebie parringu nie wniosła prawie niczego. Owszem była scena wzruszenia (You didn't see that coming?), ale sam wątek uważam za bezsensowny. Po poniższym cytacie SPOILERY (raczej niezbyt ogromne), czytasz na własną odpowiedzialność. 

"Steve Rogers: But if you put the hammer in an elevator?
Tony Stark: It'll still go up.
Steve Rogers: Elevator's not worthy."

Nie wiem, czy tylko ja odnoszę takie wrażenie, ale zabijanie bohatera, który dopiero się pojawił? Co proszę? Nie wykorzystanie żadnego potencjału? Jego związek z Crystal z Inhumans? Nie mówiąc już o tym, że to nie jest oryginalne rodzeństwo Maximoff, bo Quicksilver pojawił się już w X-menach. Tylko, że bycie dziećmi Magneta jest o wiele bardziej logiczne, niż jakieś tam głupie eksperymenty. Hawkeye ma żonę? Wypraszam sobie! Nie dość, że to irracjonalne (nie, nikt nie wie, Nick to ukrył, szkoda tylko, że Hydra rozwaliła T.A.R.C.Z.Ę w ostatnim filmie i śledziła 3/4 agentów) to jeszcze zupełnie niezgodne z uniwersum (w komiksach Clint był z Natashą, Scarlet Witch, z tego co pamiętam ewentualnie z Kate). Czarna Wdowa i Hulk - kolejne wielkie WTF. Niezmiernie mało Thora na ekranie, doprawdy, mogliby zastąpić 90% scen miłosnych nim, może Lokim i ocena filmu podskoczyłaby w górę. Romans był nie tylko bezsensowny, on był wręcz odrażający. Plus za Stony, Peggy i teksty Hawkeye, mały plus za bliźniaków (bo mogliby być lepsi). Elizabeth Olsen zagrała dobrze, aczkolwiek mam wrażenie, że reżyserzy pozbawili tej postaci lwiej części charakteru. Gdzie ssas? Gdzie jej komentarze w stylu Bartona? Na pewno nie powinna chować się gdzieś w cieniu. Quicksilver wyglądał na postać wprowadzoną bez sensu, tylko na chwilę. Miał niby trochę czasu, ale był prawie niezauważalny dopóki nie poświęcił się. Sporo czasu zmarnowane na kadry w których bohaterowie nic nie robią i po prostu się na siebie patrzą. Reżyser stwierdził, że ten film był przepełniony, dlatego pominął wiele scen, które pewnie byłyby ciekawsze. Oczywiście miał też dobre strony, kilka fajnych tekstów (chociaż niewiele w porównaniu do poprzedniego), dobre kostiumy, efekty specjalne raz bardzo dobre raz porażająco złe, wspaniałą muzykę i dobrych aktorów. Sama gra jak najbardziej przemawia na dobrą stronę. Ultron również wypadł ok, Vision to samo. Czy polecam i komu? Naturalnie warto film oglądnąć, ale może się nieco dłużyć. TAK, polecam, ale lepiej podejść do niego z umiarkowanymi nadziejami, żeby się nie zawieść. Nie stracicie tych prawie 2,5h, chociaż moglibyście zagospodarować je trochę lepiej. Czekam na wersję rozszerzoną z DVD, może moja opinia się zmieni. Ah, szkoda, że w Polsce nie było tych cudnych okularów do 3D.



Ocena:
Efekty wizualny: ########## (7/10)
Fabuła: ########## (6/10)
Gra Aktorska: ########## (7/10)
Muzyka: ########## (9/10)
Wrażenie po wyjściu z kina: ########## (5/10)
Ocena ogólna: 6/10, dobrze, ale jak na Marvela tak średnio 

wtorek, 19 maja 2015

"I'm not sure anyone knows what they're looking for until they find it." - Następczyni, Cass Kiera


Podstawowe informacje:
Seria: Rywalki
Wydawca: Jaguar
Ilość stron: 360
Tłumaczenie: Małgorzata Kaczarowska

"Od ostatnich Eliminacji minęło dwadzieścia lat. Nadszedł wreszcie czas, aby swojego przyszłego męża wybrała młodziutka Eadlyn. Księżniczka jednak nie liczy wcale na miłosne uniesienia czy bajkową historię, która przed laty przytrafiła się jej rodzicom - Americe Singer i księciu Maxonowi. Gdy jednak w szranki stają kandydaci rywalizujący o serce ślicznej Eadlyn, dziewczyna zaczyna wierzyć, że kłopotliwy konkurs może mieć naprawdę bajkowe zakończenie."

Planuję napisać także post o całej serii Cass Kiery, o Rywalkach, jednak na pierwszy ogień idzie Następczyni. Czekałam na nią nie wiem ile, odkąd pojawiły się o niej pierwsze informacje. Już zimą zastanawiałam się jak czytać imię Eadlyn (jak się okazuje idlen/idlyn) i dlaczego ta biedna dziewczyna przeprowadza Eliminacje, skoro tego nie chce. W czwartek, przy okazji czekania na spotkanie z autorem, Johnem Flanaganem (ale o tym już innym razem), ruszyłam wprost do Empika (jako, że był tuż obok) i bez zastanowienia kupiłam tą książkę. Nie jestem największą na świecie fanką oryginalnej trylogii, mimo to darzę ją pewną sympatią i nie ukrywam - byłam ciekawa tej historii.  Baśń, z nutką tego nieszczęsnego reality show, sukienki, garnitury, mnóstwo postaci, które chciałam poznać. I jak to wszystko wyszło? Książka zaczyna się dziwnie. Bardzo dziwnie, bardzo specyficznie. Niby nie jest jakoś szczególnie trudno przebrnąć, ale akcja zaczyna się rozgrywać dopiero w pewnym momencie. Muszę przyznać, że polubiłam bohaterkę (a na pewno bardziej niż jej matkę, która momentami niezwykle mnie irytowała). Jest kobieca, a jednocześnie feministyczna i chociaż bywały momenty w których na prawdę miałabym ochotę jej przywalić, to przez lwią część książki trzymała poziom. Co do samej kreacji tej bohaterki, opinię mam sprzeczną. Poznaliśmy ją dobrze, pewne smaczki w stylu projektowania sukienek idą na plus, ale na samym początku postać może się wydawać nieco zbyt idealna. Ogólna ocena raczej na plus, ale wiem, że mogłoby być lepiej. Jej brat Ahren, mógłby być doprawdy interesującą postacią, ale jest go niestety niezbyt wiele, przynajmniej nie tyle ile być powinno. Jego miłość do Camille, córki sławetnej Daphne jest również ciekawym pomysłem. O Kadenie i Ostenie zdania raczej nie mam, bo również nie dostali dużej ilości czasu na przedstawienie się. Ogromną zaletą jest lady Brice, pani tajemnica, pani otwarta, pani jedyna kobieta wśród doradców. Czekam na jakieś rozwinięcie jej wątku. Chłopcy, chłopcy, chłopcy. Kile Woodwork, jak się na szczęście okazało nie był tak beznadziejnym facetem za jakiego go wzięłam. Wręcz przeciwnie, całkiem go polubiłam. Hale, czyli ktoś kogo od już drugiego wystąpienia darzyłam niezwykłą sympatią. Henri, postać niezwykle sympatyczna, chociaż nie jestem stuprocentowo pewna, czy w moim typie. Ean, ktoś zupełnie zepsuty, z niewykorzystanym potencjałem. Fox, którego w pewnym momencie niesamowicie polubiłam, sama nie wiem czemu. Baden, ty zdziro, eh, żywiłam wobec Ciebie pewne nadzieje, chociaż jesteś praktycznie męską wersją Ami. Erik, cicha woda, a jednak postać głęboka i cudowna. Julian, mnóstwo innych, których imion już nie pamiętam, prawie każdy zapisał się czymś miłym. I jest to niezwykła umiejętność autorki, ponieważ, tak samo jak Eadlyn, na końcu książki zaczęło mi na każdym z nich zależeć. Nie wiem kto ma wygrać to całe przedstawienie, może nawet powinna mieć 20 mężów? Wszystko byleby nie odrzucać żadnego z nich!

“I only have one heart, and I'm saving it.” 

 Bajkowa atmosfera, sielankowy klimat. Styl pisania jak zwykle - nie powala na kolana, ale czyta się szybko, łatwo. Muszę przyznać, że zaczęłam ostatnio chyba 3 książki, tą jako 4 i chociaż zrobiłam to najpóźniej, najwcześniej ją skończyłam. Co mnie irytuje? Chociaż powiem to z bólem, bo w gruncie rzeczy ta historia mnie oczarowała, to tak na większą skalę nic się nie dzieje. W porównaniu do pierwszej części oryginalnej trylogii, Rywalek, tak właściwie nie ma o czym mówić. Zorientowałam się, kiedy rozmawiając z koleżanką powiedziała "tylko mi nie spoileruj!" - tak właściwie nie miałabym c o jej zaspoilerować. Uroczo, miło, wszystko fajnie, ale dopiero w ostatnich kilku rozdziałach (i w kilku pierwszych) wydarzyło się c o k o l w i e k konkretnego. Co to oznacza w praktyce? Mogłabym wyciąć pół książki, a i tak wszyscy wiedzieliby o co chodzi. Tak, byłoby mniej rozwoju postaci, mniej jej charakteru, może słabiej poznalibyśmy kandydatów, ale część rozdziałów była zwykłym laniem wody. Następczyni zrobiła na mnie dobre wrażenie, myślę, że jest lepsza od większości książek Kiery (na pewno od Elity i Jedynej, nad Rywalkami bym się pozastanawiała). Nie zawiodłam się na niej, jak najbardziej odpowiada moim oczekiwaniom. Komu ją polecam? Praktycznie wszystkim, może poza superwymagającymi czytelnikami, którzy potrzebują czegoś w stylu Gry o Tron, żeby się zadowolić. Pod względem gatunku i literatury nie jest to arcydzieło, jednak warto przeczytać, pofantazjować. Myślę, że w 90% powinna się spodobać. I nawet jeżeli nie będzie to najwspanialsza książka w Waszym życiu, nie będziecie do niej wielokrotnie wracać to ten raz wypadałoby przeczytać i uwierzcie mi - nie zmarnujecie czasu. Wypowiem się jeszcze na temat tłumaczenia, które zdecydowanie trzyma poziom.Odpuszczam już feralny tytuł, który jest, moim zdaniem, porażką.  Znalazłam tylko kilka błędów składniowych, gdzieś też były pozamieniane literki w słowie, ale jestem pod wielkim wrażeniem.  Nie mówiąc już o okładce i odpowiednio dobranej czcionce, bo tu jak zwykle, bajecznie (aż wstyd przyznać, ale książki te zwróciły moją uwagę ze względu właśnie na okładki, które są przepiękne). Koniecznie dajcie znać komu wy kibicujecie!

Podsumowanie:

Efekt wizualny: ########## (9/10)
Fabuła: ########## (6/10)
Bohaterowie: ########## (7/10)
Styl pisania: ########## (7/10)
Całkowite wrażenie: mocne 7/10, co jak na moje standardy jest oceną dobrą/bardzo dobrą






Earth without art is just eh - słowo wstępu, co ja tu w ogóle robię i zasady oceniania

Czołem, cześć (nie daj się zjeść!)

to ja znowu albo i nie znowu. Kilka słów o mnie? Jestem dość szaloną nastolatką, lubię rysować, śpiewać, rzeźbić, malować, jestem zakochana w sztuce aktorskiej. Jestem w tylu fandomach, że aż trudno je wymienić. Przede wszystkim jednak lubię oceniać, krytykować - pewnie jak większość z ludzi. Postanowiłam iż podzielę się swoją opinią ze światem, który niekoniecznie, ale być może, coś z tego wyciągnie. Przede wszystkim będzie pełno moich komentarzy, ale będzie również trochę obiektywnej oceny, bo jednak sporo w swoim życiu książek przeczytałam, filmów oglądałam może nawet więcej. Nie twierdzę, że się na tym specjalnie znam, ale myślę, że na tyle, by coś komuś polecić, tudzież odradzić. Oprócz recenzji na blogu pojawią się jeszcze pewnie porady, tutoriale, może newsy dotyczące wyczekiwanych przeze mnie filmów/powieści/seriali/czegotamjeszcze. Postaram się także przybliżyć pewne zagadnienia związane z danym tematem, chociażby wytłumaczyć działanie pałacu myśli z Sherlocka czy opowiedzieć o runach z serii książek Cassandry Clare.

Kilka zasad mojego oceniania 

Oprócz moich zapewne wylewnych, znajdziecie także ocenę "dla leniwych". Zamiast tradycyjnego systemu 0/10 (chociaż on również się pojawi) postanowiłam rozbić go na parę części, mianowicie (w przypadku książek): Efekt wizualny (szata graficzna, okładka, czcionka), Fabuła (pomysł i rozwinięcie akcji, czy to w ogóle trzyma się kupy?), Kreacja Bohaterów (ich różnorodność, pokazanie charakteru), Styl pisania [i Tłumaczenie] (w skład tego wchodzi nie tylko sam styl, ale także wartkość akcji, jak się to wszystko czyta, opisy; czemu tłumaczenie jest w nawiasie? otóż sporą część książek czytam w oryginale, wtedy jak wiadomo, nie będzie to brane pod uwagę) oraz końcowe wrażenie. W przypadku filmów/seriali: Efekt wizualny (wszelakiego rodzaju efekty specjalne, jeżeli jest to film tego typu, montaż, zdjęcia, ujęcia i takie tam), fabuła, gra aktorska, muzyka, [w przypadku animacji kreska/animacja] oraz końcowe wrażenie. Zapewne również je króciutko podsumuję, na koniec wypiszę główne plusy i minusy. Zastanowiłam się także nad wprowadzeniem tagów, dla lepszego uporządkowania całej sprawy. Zobaczycie takowy już na początku posta i będzie to jeden z czterech: [Recenzja], [Wstęp do], [Tutorial/Porada], [Inne]. Jak łatwo się możecie domyślić, ma na celu rozróżnienie różnych rodzai występujących tu notatek. Aby zobaczyć co planuję, polecam zajrzeć tutaj. Dziękuję za przeczytanie tego steku bzdur, jesteś super! I jak mam nadzieję do napisania.

Edit. skala moich ocen:
1/10 - nie do zniesienia
2/10 - beznadziejnie
3/10 - kiepsko
4/10 - ujdzie w tłumie
5/10 - przeciętnie
6/10 - dobrze
7/10 - dobrze/bardzo dobrze
8/10 - bardzo dobrze
9/10 - świetnie, kapitalnie
10/10 - zwala z nóg, wręcz niewyobrażalnie świetna